Kradli krowy i zabijali je w garażach. Tak rodziła się polska mafia

Polska mafia narodziła się w Pruszkowie i Wołominie – podwarszawskich miasteczkach, gdzie jej bossowie zaczynali przestępczą karierę. Stworzyli ją zwykli włamywacze i złodzieje, handlarze walutą i podrabianą wódką, oszuści od gry w „trzy karty” i sprzedawcy nielegalnego mięsa.

Wspięli się na przestępcze szczyty, gdy padał komunizm. W czasach kryzysu, gdy na sklepowych półkach stał tylko ocet, przyszli mafiozi dostarczali rodakom poszukiwane produkty. Kradli krowy, zabijali je i ćwiartowali w garażach. Z PGR-owskich pól podbierali ziemniaki i buraki, a z sadów – owoce.

Więcej finezji wymagały kradzieże w Niemczech. Część polskich kryminalistów dostała się tam wcześniej, udając ofiary represji politycznych, po czym tworzyli grupy specjalizujące się we włamach do sklepów i kradzieżach samochodów. Wrócili do kraju, gdy już czuło się wiatr nadchodzących przemian.

Walka o kluby

Chrztem bojowym dla młodych gangsterów był boje o „bramki” warszawskich dyskotek. Po kilku bijatykach, w których ochroniarze popularnych klubów „Park” czy „Hipodrom” dostali manto, w miasto poszła wieść, że pojawili się „nowi”. I to oni będą rządzić stolicą.

Wkrótce gangsterzy ruszyli w Polskę, przejmując kolejne regiony. Lokalni bossowie uznali, że bardziej opłaca im się działać jako filia „Pruszkowa”. Pod zarząd podwarszawskich bandziorów przeszedł Śląsk, Pomorze, Ziemia Lubuska.

Jak grzyby po deszcze zaczęły wyrastać gangsterskie dyskoteki i kluby ze striptizem. Ale „perłą w mafijnej koronie” okazały się różne wybory miss, w których to ludzie „Pruszkowa” decydowali o przyznaniu korony. Piękne panie potrafiły okazać wdzięczność jurorom. Niektóre z nich na stałe związały się z mafiozami, jak Małgorzata M., która została żoną osławionego Wojciecha K. „Kiełbasy”.

Kradzież „na rowerzystę”

Bandyci specjalizowali się też w okradaniu TIR-ów, na przykład „na rowerzystę”. Na jezdni kładł się gangster, udający cyklistę po ciężkim wypadku. Ciężarówka się zatrzymywała i wtedy przestępcy przejmowali transport. Po staremu zajmowali się również kradzieżą samochodów, sprzedając je dalej albo biorąc od właścicieli „wykupne”.

Mafia miała też mieć wpływy w wymiarze sprawiedliwości. W lipcu 1990 r. w hotelu „George” w podwarszawskim Nadarzynie gangsterzy umówili się z właścicielem auta, które ukradli, na przekazanie okupu. Człowiek ten przyszedł w towarzystwie policjanta po cywilnemu. Doszło do strzelaniny, jeden z gangsterów padł trupem, pięciu trafiło do aresztu.

Dwa lata później zostali uniewinnieni. Za ten wyrok, jak zezna później skruszony Jarosław S. „Masa”, sędzia miała dostać futro.

Walka o wpływy

Mafijne interesy kwitły. „Pruszków” dorabiał się na przemycie kokainy z Kolumbii, konkurencyjny „Wołomin” – na kontrabandzie z alkoholem i produkcji amfetaminy. Porachunki między sobą załatwiali bombami. Jedna wybuchła w warszawskim wieżowcu. Zniszczyła trzy piętra, lecz gangster, który był celem, uszedł z życiem. Nie na długo, wkrótce dosięgła go kula.

Kiedy w 1996 r. wychodził z aresztu „Wańka”, jeden z przywódców „Pruszkowa”, podwładni witali go, całując w rękę, a sprowadzona orkiestra grała melodię z „Ojca Chrzestnego”. Policja jednak jak ognia unikała słowa „mafia”. Wolano określenie: „przestępczość zorganizowana”.

Złota epoka gangsterów dobiegała jednak końca. Symbolem nowych czasów stał się „Masa”, który został świadkiem koronnym i zaczął wydawać kolegów.

Polecane artykuły

Privacy Preference Center