Prywatne eksmisje. Czterech osiłków wyrzuciło na klatkę chorego męża.

Nad ranem rozpylił w powietrzu jakiś preparat. Cuchnęło tak, że wymiotowałam. Wtedy już musiałam wybiec z mieszkania. A jak wybiegłam, nie mogłam już wrócić

– Ktoś zapukał do drzwi. Zanim do nich podeszłam, usłyszałam wycie wiertarki. Po chwili drzwi same otworzyły się z hukiem. Do środka weszło czterech osiłków, rozeszli się po mieszkaniu. Męża, który leżał chory w łóżku, wypchnęli na klatkę schodową w samej bieliźnie i już nie pozwolili wejść z powrotem. Potem zmienili zamki w drzwiach – opowiada Elżbieta z Warszawy.

Tu agenci CBBP

– Ja się nie dałam wypędzić i zostałam na noc w mieszkaniu. Razem z jednym z tych osiłków. Nie dawał mi spać, cały czas do mnie mówił: „Jeszcze tu jesteś?”, „Wynoś się”. Albo: „Wypierdalaj”. Nie pozwalał mi też wejść do łazienki. Za to sam zaczął przy mnie sikać – na podłogę. Potem, nad ranem, rozpylił w powietrzu jakiś preparat. Cuchnęło tak, że wymiotowałam. Wtedy już musiałam wybiec z mieszkania. A jak wybiegłam, już nie mogłam wrócić – ciągnie Elżbieta, krótko obcięta blondynka w średnim wieku.

Mieszkanie należało do jej teścia, razem z rodziną mieszkała w nim od 2008 roku. Byli w nim zameldowani. Kiedy teść zmarł, ruszyło postępowanie spadkowe.

– Mąż był uczestnikiem postępowania, jak reszta rodzeństwa. Jednak mieszkanie przypadło w spadku S., w naszej rodzinie nikt go zupełnie nie zna, on twierdzi, że ożenił się z siostrą męża. Kontaktu z nią nie mamy od lat, nie wiem nawet, czy żyje. Mnie żadnego dokumentu na to, że rzeczywiście jest jej mężem, nie przedstawił, bo w ogóle nie chce z nami rozmawiać. Po decyzji spadkowej zaczęliśmy się od niej odwoływać. S. żądał jednak, żebyśmy się wyprowadzili. Nie chcieliśmy, nie było też nakazu eksmisji – opowiada.

S. wynajął więc firmę, która zajmuje się „prywatnymi eksmisjami”. Nazywa się Centralne Biuro Bezpieczeństwa Personalnego. „Walczymy w obronie prawa własności” – piszą na swojej stronie. Zapewniają, że działają nawet wtedy, jeśli sprawa nie została rozstrzygnięta w sądzie. Barczyści mężczyźni w czarnych koszulkach z napisem „CBBP” na plecach wpadają do mieszkań z okrzykiem: „Agenci CBBP!”. A mieszkańcom wydaje się wtedy, że to nie prywatna firma, lecz państwowa służba specjalna. W przejmowanych lokalach pracownicy biura zostawiają plomby z oznaczeniem „CBBP”, które przypominają plomby policji albo komornika. W jednym z promocyjnych filmów, które można znaleźć w sieci, biegną przez las ubrani w kominiarki i mundury moro. W rękach trzymając karabiny maszynowe, wdzierają się do opuszczonego budynku, celując nimi po kątach. W tle dynamiczna muzyka, apokaliptyczne chóry. Karabiny to, jak twierdzą, plastikowe repliki, „dla lepszego efektu”. Nie mają pozwolenia na broń i nie używają jej podczas swoich prywatnych eksmisji.

Kot i dwa laptopy

– Najpierw myślałam, że ktoś z moich znajomych stroi sobie żarty. Niech pan sobie wyobrazi: czterech facetów ubranych w glany wchodzi do mieszkania i każe mi natychmiast opuścić lokal – opowiada Maria (imię zmienione), województwo kujawsko-pomorskie.

Kilka lat temu wynajęła mieszkanie w prywatnej kamienicy przeznaczonej na najem długoterminowy.

– Zapłaciłam z góry kilkadziesiąt tysięcy złotych za trzy lata. Po półtora roku mieszkania popsuł się piec centralnego ogrzewania. Właścicielka nie chciała się dołożyć do wymiany, zorganizowała mi do ogrzewania kaloryfery olejowe na prąd. Wtedy zaczęły przychodzić ogromne rachunki. Jeden był na 6500 złotych. Zbuntowałam się i poprosiłam, żebyśmy to wyjaśniły u dostawcy energii. Albo by naprawić w końcu piec, bo to absurdalne płacić tyle za prąd. Wtedy dostałam pismo, że mam się wynosić. A miałam przecież zapłacone z góry jeszcze za półtora roku. Zignorowałam i mieszkałam dalej. Kiedy skończyła się umowa, przez pośrednika poinformowałam właścicielkę, że szukam nowego miejsca oraz że chciałabym rozwiązać sprawę tych ogromnych rachunków. W sumie wyszło tego 18 tysięcy za półtora roku. I że na razie jeszcze kilka miesięcy zostanę, a conto tych należności, a potem to jakoś rozwiążemy. Nie dostałam odpowiedzi, a w mieszkaniu pojawiło się CBBP – twierdzi.

Wezwała policję.

– Policjanci powiedzieli, że panowie mają wyjść z mieszkania, a ja mam pojechać na komisariat złożyć doniesienie. Pojechałam, ale wrócić do mieszkania już nie mogłam – pod moją nieobecność zmienili zamki – opowiada dalej. – Syn znalazł w internecie ich telefon, zadzwoniliśmy. Powiedzieli, że najwyżej mogą wynieść nam leki i jakieś drobne rzeczy, które są nam niezbędne tego dnia. Poprosiliśmy o laptopy, bo potrzebujemy ich do pracy. I o kota, który został zamknięty w mieszkaniu. Nie chcieli, żebyśmy sami weszli i zabrali kotkę, próbowali ją łapać po całym mieszkaniu, rozbijając kryształy i przewracając meble. Potem musieliśmy szybko znaleźć jakiś nocleg, kupić podstawowe rzeczy: bieliznę, szczoteczki do zębów. Dwa tygodnie później powiadomili mnie, że wszystkie rzeczy z mieszkania wywożą do magazynu w Inowrocławiu. A całe wyposażenie było moje: dębowa etażerka, dębowo-skórzana szafa na telewizor, marmurowa ława, angielskie meble z lat 40., marokańskie stoliki, kryształy, zabytkowe żyrandole, kilkaset książek. Były też obrazy mojej zmarłej mamy. Wszystko wartościowe, także o wartości sentymentalnej, bo to rzeczy po moich przodkach. Od roku nie mogę tego swojego dobytku odzyskać. Zgłosiłam doniesienie na prokuraturę.

Sąd? To trwa za długo

– Byłam bezsilna, rozumie pan? – tłumaczy z kolei Jadwiga, właścicielka mieszkania w kamienicy, które wynajęła Maria. – I z bezsilności ich wynajęłam. Ta pani nie otwierała mi drzwi, nie odbierała telefonów ani listów poleconych. A pisałam dziesiątki, z prośbami i terminami, żeby w końcu zapłaciła mi za prąd. Bo to nieprawda, co mówi. Nie płaciła. To ja płaciłam. Czy mam na to dowody? Oczywiście. Ona też tak mówi? Dlatego mamy o to sprawę w sądzie. Kiedy skończyła się nam umowa, ona dalej tam mieszkała przez cztery miesiące, nie płacąc czynszu. Myślałam, że oszaleję, taki był mur z jej strony. To biuro polecił mi pośrednik nieruchomości (to on wynajął tej pani mieszkanie). Powiedział, że może pomogą. Ja zdaję sobie sprawę, że to trochę niezgodne z prawem… Chociaż w umowie, którą mi przedstawili, zapewniali, że wszystkie ich działania będą legalne. Umowa miała tytuł „Umowa o negocjacje eksmisyjne” – opowiada Jadwiga.

Na co dzień pracuje jako rzeczoznawca w sądzie w Gdańsku.

– Jak pani to łączy? Eksmisję bez wyroku eksmisyjnego z pracą dla wymiaru sprawiedliwości? – pytam.

– Z jednej strony jestem legalistką i staram się iść zawsze prostą drogą praworządności. A z drugiej czułam się wykorzystywana i bezradna. Naprawdę najpierw chciałam sprawę załatwić polubownie, ale wie pan, jakie to uczucie, gdy najemca zatrzaskuje mi przed nosem drzwi mojego własnego mieszkania? Złożyłam pozew do sądu o eksmisję i o zapłatę. Tylko że to wszystko w sądach trwa tak długo… Oczekiwanie na wyrok eksmisyjny trwa latami. Szczerze, to bardzo jestem zadowolona, że to biuro wynajęłam.

Prywatna eksmisja za 30 tysięcy

Najemcy z mieszkania nie może wyrzucić ani właściciel, ani policja. Nawet jeśli doszło do wypowiedzenia umowy albo umowa wygasła. Eksmisje przeprowadza wyłącznie komornik i tylko na podstawie wyroku sądu. Tak mówi prawo.

W 2019 roku doszło do zmiany w ustawie o ochronie praw lokatorów. Prywatny właściciel, który ma już wyrok sądu, nie może liczyć na eksmisję, póki gmina nie zapewni lokatorowi zastępczego mieszkania (jeśli nie posiada on prawa do własnego). Wcześniej gmina miała na to sześć miesięcy. Po zmianach ten czas nie jest określony. Komornik musi się wstrzymać z egzekucją, dopóki gmina (albo właściciel) takiego lokalu nie zapewni. Może to trwać długo (za ten czas najemca płaci właścicielowi odszkodowanie, a jeśli nie ma z czego, płaci gmina). Nowe przepisy chronią ludzi przed wyrzuceniem na bruk. Ale przysłużyły się też naciągaczom, którzy wynajmują mieszkania i nie płacą z premedytacją. Oraz sprawiły, że pojawiły się firmy, które zaoferowały „prywatne eksmisje”. Działają bez wyroku sądu i na granicy prawa. Wyrzucają lokatorów także zimą, kiedy jest okres ochronny, i teraz, w czasie pandemii, kiedy też nie wolno przeprowadzać eksmisji.

Oprócz „usuwania” najemców firmy zajmują się też „oczyszczaniem mieszkań” po licytacjach komorniczych. Kiedy wprowadzano nowe przepisy, komornicy skarżyli się, że teraz nikt już nie będzie chciał kupować mieszkania na licytacji, wiedząc, że trudno będzie mu się pozbyć z niego starych właścicieli. Teraz zarabiający na licytacjach komorniczych wynajmują jednak „prywatnych komorników”, a do okazyjnej ceny mieszkania (2/3 wartości) doliczają sobie koszt „prywatnej eksmisji” (20-30 tysięcy złotych).

– Myślałem, że tu już Europa, że tu spędzę starość. A teraz nie wiem już, gdzie jestem – opowiada Janusz z Ostrowa Wielkopolskiego. W 1980 roku wyjechał do Austrii, budował tam domy szkieletowe. Do Polski wrócił po 30 latach. Otworzył firmę, która również miała się zająć budową domów.

– Na 17 klientów żaden nie zapłacił mi pełnej sumy – opowiada. – Wpadłem w długi, spłacam do tej pory. Zapłaciłem już komornikowi ponad 300 tysięcy. Ale powiedział, że spłacam za wolno. Dwa lata temu wylicytował mieszkanie mojej żony (kupiła jeszcze za czasów panieńskich). Innego mieszkania nie mamy i nie mamy gdzie się wyprowadzić, a nowy właściciel groził już, że wynajmie panów, „którzy będą wiedzieli, co robić z takimi jak ja”. I ostatnio dostaliśmy pismo od CBBP. Piszą, że mają upoważnienie od właściciela, i dali mi miesiąc, żeby się z nimi umówić na przegląd instalacji gazowej. Moja żona poczytała o tym biurze w internecie i teraz nie może spać. Cały czas się boi, że zaraz wywiercą zamki i wejdą.

Koczownicy, cwaniacy, darmozjady

Metody CBBP w opowieściach „eksmitowanych” przez nich lokatorów wyglądają zawsze podobnie.

Pracownicy CBBP mają podawać się za instalatorów gazowych albo policjantów, wchodzą, potem zmieniają zamki w drzwiach. Jest też inny sposób: do mieszkania wprowadzają nowego lokatora, który utrudnia życie – nie pozwala wejść nikomu z zewnątrz, blokuje dostęp do lodówki (tak było w sprawie 21-letniej Laury z Warszawy, którą CBBP eksmitowało z mieszkania z półtorarocznym dzieckiem – nie płaciła za mieszkanie przez półtora roku, nie miała z czego).

W Pruszczu Gdańskim siostra, która dostała dom w spadku, postanowiła – z pomocą CBBP – pozbyć się z niego brata z rodziną. „Wprowadził się młody chłopak, zrzucał z górnego tarasu na nas duże sprzęty, robił imprezy, wyzywał nas. Wynosił z piwnicy agregat, śmierdziało benzyną, przyjechała straż, strażacy poinformowali, żebyśmy nie wchodzili do domu. Kiedy wróciliśmy, brama była zabezpieczona. Zaproponowano nam motel na tydzień czy dwa” – opowiadali „Dziennikowi Bałtyckiemu” mieszkańcy.

Przeprowadzone „eksmisje” CBBP dokumentuje na Facebooku. O wyprowadzanych lokatorach pisze „koczownicy” i „cwaniacy”.

„Pasożyty”, „darmozjady”, „wypad”, „wynocha”, „wypierdalać” – dodają komentujący internauci, którzy raczej odnoszą się do CBBP przychylnie i skarżą się, że właściciele mieszkań są w Polsce bezradni. Cieszą się, że „w końcu znalazło się rozwiązanie”.

Z oficjalnych wpisów firmy: „Konfrontacja CBBP z CYGAŃSKĄ rodziną (…). Osobnicy, w tym dzieci od parumiesięcznych do kilkunastoletnich pojawiały się jak grzyby po deszczu”. „Ogromne emocje i łzy Pani Izabeli, w dniu dzisiejszym były łzy szczęścia ale przez ostatnie trzy miesiące była wielka walka o powrót do własnego mieszkania. (…) Najemca – dzisiaj wiemy, że to zawodowy oszust i kłamca. Po tygodniu od podpisania umowy, pan Jakub zaczął nękać Właścicielkę telefonami i pismami, że nagle w wynajętym mieszkaniu pojawiły się pluskwiaki (…) Oczywiście, żadnych pluskiew nie było, a bezczelny i wyszczekany pan Jakub skulił uszy i uciekał jak zwykły szczur”.

Właśnie się pan wyprowadził

– To było zupełnie inaczej – opowiada Jakub z Malborka, ten „bezczelny i wyszczekany”.

– A jak? – pytam.

– Po trzech nocach w nowo wynajętym mieszkaniu córka znalazła pluskwę. A potem znaleźliśmy następne. Wszystkie meble kupiliśmy specjalnie do tego mieszkania. Niemożliwe, żebyśmy sami je przywieźli. Z właścicielką najpierw się dogadałem: zrobimy dezynsekcję, wyszło około 1000 złotych. Jednak kiedy po miesiącu przyszło do rozliczeń, to razem z córką przyniosły mi wypowiedzenie napisane przez kancelarię prawniczą. Uznałem, że jest nieważne, nie było żadnego powodu. Odpisałem na pismo kancelarii, ale miesiąc później dostałem je ponownie oraz kolejne wypowiedzenie z terminem tygodniowym, bo rzekomo nie zapłaciłem za miesiąc. To nieprawda, mam dowód wpłaty. I mieszkaliśmy dalej. Potem żona pojechała na rehabilitację (choruje na stwardnienie rozsiane), a ja, żebym mógł w ogóle pracować, zawiozłem dzieci do mojej mamy. Oni chyba wiedzieli, że w mieszkaniu nie ma nikogo. Poprzedniego dnia dzwonił do mnie jakiś facet, chciał się umówić na wstępne oglądanie samochodu (zawodowo czyszczę tapicerki). Podałem adres, pod którym będę pracował. Ale zamiast niego zjawili się oni. Powiedzieli, że są administratorami mieszkania, z którego „właśnie się pan wyprowadził”, i że mam zabrać rzeczy. Byli ubrani w normalne ciuchy, żadne moro. Podjechałem pod mieszkanie, zamki były zmienione. Nawet nie wchodziłem. Powiedzieli, że nasze rzeczy zostały złożone w magazynie w Malborku i mam się kontaktować w celu ich odbioru w ciągu 14 dni albo zostaną zniszczone na mój koszt.

– Odebrał pan?

– Odebrałem, ale nie wszystko, bo wszystkiego tam nie było. Żona poradziła, żebym zajrzał na śmietnik, no i były: nowa duża szafa za 1000 złotych leżała połamana. Na razie zatrzymaliśmy się z dziećmi u rodziców. Przeżyły to. Z córką byłem dziś u psychologa, dostała napadów padaczkowych.

Ilustracja Igor Morski

Ból Rzymianina

„Bolą nas porównania do »czyścicieli kamienic«, które padają pod naszym adresem. Mogę zapewnić, że wszystkie nasze metody mieszczą się w granicach stosowania polskiego prawa” – skarżył się w marcu 2019 roku portalowi naTemat Marek Sz., dyrektor generalny CBBP (w sieci przedstawia się również jako Marco Sz. albo ksywką „Rzymianin”). „Dochodzą różne chwyty psychologiczne. Np. ubieranie kominiarek czy uniformów, które w żadnym stopniu nie są niedozwolone, lub wprowadzenie skrótu CBBP, który jednoznacznie kojarzy się z służbami mundurowymi” – mówił.

Pół roku później, z samego rana, kilku mężczyzn w kominiarkach i uniformach wpadło także i do jego mieszkania – tym razem były to prawdziwe służby. Dyrektor generalny Marek Sz. został zatrzymany przez funkcjonariuszy Morskiego Oddziału Straży Granicznej w sprawie brutalnego pobicia 38-latka w związku z toczącym się śledztwem dotyczącym handlu ludźmi i prania brudnych pieniędzy. Do tej pory przebywa w areszcie. Sz. był już także karany w przeszłości – przed kilkunastu laty w sprawie o wyłudzenia. Głośnej, bo zatrzymano wtedy także pięciu toruńskich prokuratorów, których sfilmowano w jednym z klubów w jego towarzystwie. Jak się później okazało, toruńska prokuratura w zamian za łapówki warunkowo umarzała śledztwa. Potem Sz. prowadził m.in. w Trójmieście klub sztuk walki. To między innymi wśród jego członków prowadził rekrutację na „agentów CBBP”.

CBBP działa dalej, nie chwali się aresztowaniem dyrektora, tylko jego nazwisko zostało po cichu wymazane ze strony internetowej i mediów społecznościowych firmy. Nadal można je znaleźć w artykułach, w których wypowiadał się jako dyrektor generalny. A także w filmach CBBP (na przykład tym, w którym agenci CBBP biegną z plastikową bronią przez las, gdzie pod scenariuszem podpisany jest „dyrektor Sz.”). Nadal figuruje w danych firmy w Krajowym Rejestrze Sądowym. CBBP jest zarejestrowana zarówno jako jednoosobowa działalność gospodarcza (właścicielka Paulina Wyzińska), jak i spółka, w której Sz. wymieniony jest jako wspólnik (właścicielką również jest Wyzińska).

Czy ja robię komuś krzywdę?

– To miała być zwykła firma windykacyjna, ale okazało się, że dużo większe jest zapotrzebowanie na odzyskiwanie nieruchomości – opowiada mi Wyzińska. Sama mieszkania jeszcze nie mam, ale nie wyobrażam sobie, żebym zajmowała cudzą własność, nie płacąc. Ukradniesz samochód, to ściga cię policja, a za mieszkanie można nie płacić latami – mówi. Ma 35 lat i twierdzi, że naprawia Polskę, walcząc o prawo własności. Chciałaby o swojej pracy napisać książkę albo otworzyć kanał na YouTubie. Przez trzy lata działalności „odzyskała” kilkadziesiąt mieszkań. Cena usługi: od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy złotych.

– Spełniamy się w tym, co robimy. Ze łzami w oczach oddaję klucze właścicielom. Nie czuję się przestępcą, w żadnym stopniu nie mam wyrzutów sumienia, gdy działam w obronie prawa własności. A ludzie, którym pomagamy, to nie są kamienicznicy – mówi Wyzińska.

– A kto?

– Często to osoby starsze, które miały pecha i trafiły na cwaniaków. Właściciele mieszkań, którzy dzwonią do nas, przez miesiące albo lata błagali swoich lokatorów o wyprowadzkę. Albo o to, żeby w końcu zaczęli płacić. Co drugi właściciel, który dzwoni, płacze do słuchawki. Że nie ma siły. Że „wyląduje w psychiatryku”. Mówią: „Moja krwawica”, pytają: „Co ja mam zrobić”. To są ludzkie dramaty. Sądy w Polsce działają zbyt wolno lub nie są w stanie pomóc.

– To dlatego sądy zastępujecie?

– Nie zastępujemy, zawsze sprawdzamy, jaka jest sytuacja, nie robimy zleceń na ślepo. Mamy pełną dokumentację – tłumaczy Wyzińska.

– Przecież wykonujecie eksmisje bez nakazu sądu.

– Nie wykonujemy eksmisji. Prowadzimy negocjacje eksmisyjne. Powiem panu, że nie miałam ani jednej sytuacji, żeby tym lokatorom, z którymi negocjujemy, działa się jakaś krzywda. Za każdym razem było to perfidne i ukartowane cwaniactwo. Nigdy nie byli to biedni ludzie. Oni jeżdżą dobrymi samochodami. Nie płacą, bo są cwaniakami – mówi. Tłumaczy, że „to są tylko koczownicy”.

– Szczegółowo opisuję ich na Facebooku, bo porusza mnie, jacy to perfidni krętacze i oszuści. Przykład? Pani chora na raka wynajęła mieszkanie chłopakowi, który po tygodniu stwierdził, że w mieszkaniu są pluskwiaki, a ona ma mu płacić za czyszczenie i pomniejszyć koszty najmu. To był typowy oszust i naciągacz.

– Skąd to pani wie? – pytam.

– Od właścicielki, dodatkowo zrobiłam wywiad na jego temat. Jestem również licencjonowanym prywatnym detektywem – tłumaczy.

O „czyszczeniu” mieszkań po licytacjach komorniczych mówi: – Jeżeli jest możliwość kupowania mieszkania na licytacji komorniczej wraz z lokatorem, to prawo powinno być skonstruowane tak, aby nabywca mógł faktycznie z tej nieruchomości korzystać. Nie może odpowiadać za to, że ktoś sobie w życiu nie radzi. Od tego jest państwo. Ja pracuję siedem dni w tygodniu, żeby zarobić na zobowiązania, które mam przez błędne decyzje.

– Ma pani długi?

– Nieważne – zbywa mnie Wyzińska. Zaprzecza relacjom lokatorów: o używaniu siły, rozpylaniu cuchnących preparatów, sikaniu na podłogę, dokuczaniu, wyzwiskach.

O sprawie Elżbiety mówi: – Oszustka, która zajmuje bezprawnie mieszkanie przez 14 lat. Doprowadziła do strat finansowych na pół miliona złotych. Sąd nie nakazał jej przywróceniaa jedynie zabezpieczył tę czynność do czasu wyjaśnienia sprawy.

Rozwiercanie zamków? – Jeżeli ktoś się wyprowadził, to trzeba dla bezpieczeństwa wymienić zamek. Sam się wyprowadził, siłą nikogo nie wyrzucam. A jako pełnomocnik właściciela mam prawo decydować o tym, co się dzieje w mieszkaniu.

– Dokooptowanie nowych lokatorów? To też niezgodne z prawem – pytam.

– Jeżeli właściciel przez wiele miesięcy wynajmował mieszkanie, które nie przynosiło mu żadnego dochodu, jednocześnie ponosząc za nie koszty utrzymania, to czemu nie miałby wprowadzić dodatkowego lokatora, żeby w końcu zarobić? Właściciele są stratni podwójnie, bo czasem spłacają za te mieszkania kredyty. A tych niepłacących przekonujemy do wyprowadzki pokojowymi metodami.

– Czyli jak?

– Mówimy, żeby zmienili swoje życie, że nie jest fajnie żyć na cudzy koszt. Naszą metodą są negocjacje. Nie tracimy czasu na telefony czy wysyłanie listów. Stawiamy na bezpośrednie spotkania. Siadamy i rozmawiamy. „Jaki macie pomysł? Tak dalej być nie może”. Tłumaczę, że to niemoralne, że nieuczciwe. I w końcu gdzieś to moje gadanie się przekłada na efekt. Nie sprowadzam łysych panów ani nikt z bronią i kominiarką nie wpada do mieszkań. Stworzyłam taką otoczkę, bo jest to mój pomysł na marketing.

– Kilkadziesiąt tysięcy za usługę, a pani pyta ich „Jaki macie pomysł?” i daje wykład o uczciwości? Musi mieć pani talent.

– A myśli pan, że robię komuś krzywdę? – odpowiada pytaniem Wyzińska.

Na pytanie o wywiezione meble i sprzęty, o których opowiadali mi lokatorzy, też odpowiada: kłamstwo.

– Nigdy nie zabrałam nikomu żadnych rzeczy. Magazynuję je, dopóki lokator ich nie zabierze. Nasi przeciwnicy wyzywają nas od złodziei i bandytów. Jeżeli nie ma żadnych zarzutów, nie powinno się tak człowieka nazywać.

– A kim jest w pani firmie Marek Sz.? – pytam.

Cisza w słuchawce.

– Nikim – odpowiada. A po chwili dodaje: – Byłym pracownikiem. Tak, został zatrzymany, ale nie było to związane z działalnością firm. To jego prywatna sprawa. Że był wcześniej karany? Może i był. Ma pan rację, nasze biuro nie powinno zatrudniać takich ludzi. Teraz zwracam na to szczególną uwagę – przyznaje.

Zaprzecza, że Sz. w CBBP jest jej wspólnikiem. Dziwi się, że znalazłem taką informację w KRS, przecież już ją usunęła.

– A ja wiem, że Marek Sz. jest ojcem pani dziecka – mówię.

Wyzińska przyznaje, że Sz. był jej partnerem, ale zapewnia, że firmę założyła sama, w żaden sposób jej w tym nie pomagał.

– A czym się pani zajmowała wcześniej?

– Niczym. Nigdzie wcześniej nie pracowałam. Skończyłam studia.

– A co?

– Towaroznawstwo na Akademii Morskiej w Gdyni. Wychowywałam córkę. Pana pytania są bardzo dziwne!

– Departament zezwoleń i koncesji Ministerstwa Spraw Wewnętrznych prowadził postępowanie wyjaśniające dotyczące działalności pani firmy.

– Bo jacyś złośliwi donieśli na mnie. Ale to postępowanie według mojej wiedzy niczym konkretnym się nie zakończyło. Gdyby to wszystko, co o nas mówią, było prawdą, myśli pan, że nie miałabym już postawionych zarzutów?

Od Prokuratury Rejonowej w Gdyni, którą zawiadomiło MSWiA, dostałem jednak informację, że w sprawie cały czas gromadzony jest materiał dowodowy i planowane są dalsze czynności procesowe.

Na stronach CBBP zamieszczono firmowe motto: „Każdą pracę wykonuj, jakby miała ona być ostatnią w życiu” – Marek Aureliusz.

wyborczapl/dużyformat/ilustracje igor morski

poniższe zdjęcia udostępnione w mediach/ogólnie dostępne